Express-Miejski.pl

Krzysztof Kotowicz

Krzysztof Kotowicz fot.: kotowicz.pl

Krzysztof Kotowicz prawie po czterech latach kadencji powiedział nam o swoich sukcesach, porażkach, o sobie i planach na przyszłość. Dziś pierwsza część obszernego wywiadu z Burmistrzem Miasta i Gminy Ząbkowice Śląskie.

Express-Miejski.pl: To pierwsza Pana kadencja jako Burmistrza Ząbkowic. Jakimi sukcesami może się Pan pochwalić? Ale proszę też nie ukrywać jaka jest największa porażka?

Krzysztof Kotowicz: Może zacznę od tego co jest negatywne, o porażce najchętniej się czyta i słucha. Jeśli mówić o największej porażce, to jest to sprawa czystości w mieście. To jest problem nie do pokonania, przynajmniej dla mnie do tej pory, w takim stopniu, jakim chciałbym to osiągnąć. Twierdzę, że jest lepiej niż było, ale i tak jest to dalekie do tego, co było moim zamierzeniem, moim celem. Problem utrzymania czystości, estetyki, zieleni, kwiatów. Nie mówię o stanie ulicy czy elewacji miast, mówię o tej prozaicznej czystości pod nogami.

E-M: W czym zatem według Pana tkwi problem?

Krzysztof Kotowicz: Kandydując na Burmistrza wiedziałem, że to nie jest sprawa tylko paru mioteł i kilku kwiatków na balkonach, ale nie zdawałem sobie jednak sprawy jak bardzo jest to złożony problem. Dziś już to wiem, ale to widać po efektach.

Po pierwsze: utrzymanie czystości musi kosztować znaczniej więcej niż kosztuje do tej pory. Te nakłady, które mamy w budżecie są niewspółmierne do potrzeb, są niewystarczające. Można w swoim domu kupić ścierkę, odkurzacz czy nawet super sprzęt myjący, albo wynająć kogoś z zewnątrz i za to płacić. Tak samo jest i w domu, który nazywamy Ząbkowice Śląskie. W budżecie nie ma na to wystarczających środków i nie potrafimy ich też znaleźć, gdyż są inne rzeczy, które musimy finansować.

Po drugie: wróćmy na chwilę do rodzinnego domu. Choćby nie wiem jak rodzice sprzątali, to w momencie, gdy dzieci nie zadbają o siebie, to zawsze będzie koło nich nieporządek. Nie sposób zadbać o czystość, jeśli śmiecą ludzie i to notorycznie. Na każdym kroku. Każdy to widzi. Papierki, niedopałki, resztki jedzenia, psie odchody, wszystko się na to składa, duże rzeczy typu słynna już wersalka pod Ratuszem. Ludzie bezmyślnie, na zasadzie: „co mnie to obchodzi" wyrzucają wszystko wszędzie, gdzie popadnie. Dziennie sprząta się metry sześcienne śmieci i codziennie to się powtarza. Sprzątamy tylko najważniejsze ulice w obrębie miasta, miejsca, gdzie ma się coś wydarzyć lub gdzie spodziewamy się ważnych gości. Dodatkowo część miasta to wielki plac budowy i to też przyczynia się do powstawania dodatkowego pyłu, kurzu, ogólnie brudu. Jest to uciążliwość.

Odpowiadając w skrócie: na pewno za mało pieniędzy ze strony gminy i za mało troski o swoje otoczenie ze strony nas wszystkich.

Czy mówimy o Wrocławiu, czy o innych wielkich miastach na świecie, wszędzie jest to samo: rynek jest czyściutki, posprzątany, a zanurzmy się w boczne uliczki i okazuje się, że tak słodko jest tylko na obrazkach. Tak samo jest u nas. Ktokolwiek, kto będzie chciał się podjąć tezy, że należy sprzątać, powinien odpowiedzieć na pytania: za co sprzątać i kto ma sprzątać (czy miasto, czy Ci, którzy są zarządcami nieruchomości). Pamiętajmy, że za miasto nie odpowiada jeden organizm, tylko są to różne podmioty, są osoby prywatne, firmy, dysponenci różnych dróg.

Myślę, że to jest moja największa porażka. Nadal nie mogę się czuć swobodnie w moim rodzinnym mieście, w którym widzę, że jest po prostu brud.

Z pewnością proces sprzątania przyśpieszyłoby jego zmechanizowanie, ale od tego to już jest spółka komunalna, która jest zleceniobiorcą od Gminy na sprzątanie w mieście. W tej chwili posługujemy się spółką ZGK, gdyż uważam, że ona jest najbardziej zdolna do reakcji na moje polecenia, natomiast gdyby okazało się, że mielibyśmy to zadanie sprzedać, to obawiam się, że za kwoty, którymi dysponujemy nie byłoby za wielu chętnych, a jeśli już, to pole sprzątania by się zmniejszyło.

E-M. A co z sukcesami?

Krzysztof Kotowicz: Sukcesem są drogi. Drogi, ulice. Nie jest tak, że jest dobrze, ale krok ku dobremu został wykonany. Dlaczego mówię o drogach jako zjawisku określanym przeze mnie jako sukces? Z dwóch powodów. Wszyscy jesteśmy użytkownikami dróg i chodników. Nieważne czy ktoś jeździ, czy chodzi, albo raz jeździ, raz chodzi. Obojętne jakie stanowisko zajmuje, czy jest pracownikiem wyższego czy niższego szczebla - każdy korzysta z dróg i chodników. Jeżeli pod nogami ma dziury, ma błoto, jest pochlapany przez samochód jadący, zawsze będzie z tego niezadowolony i będzie miał poczucie, że podstawowa, taka naturalna potrzeba jak możliwość przemieszczania się pomiędzy domami, pomiędzy sklepami, instytucjami jest utrudniona, albo niemożliwa. Wychodzę z założenia, że należy ten poważny problem rozwiązywać. Pamiętajmy, że jesteśmy miastem, które jest częścią wielkiego państwa, w którym drogi się buduje drogo i długo, tak samo jest u nas. Udało się wdrożyć w tej kadencji kilkanaście inwestycji drogowych, część znacząca to jest miasto, ale jest też część na wsi. Nie ma ulicy na terenie miasta, którą byśmy porządkowali tylko pod kątem nawierzchni. To zawsze są chodniki, oświetlenie, zawsze są media pod ziemią. To jest taki dobry zwyczaj, który się udało wprowadzić pod koniec lat 90., kiedy robiony był Rynek. Wtedy też wszystkie instalacje zostały wymienione i dzięki temu do Rynku się nie wraca. Można najwyżej, gdy coś się dzieje, wyjąć parę kostek, naprawić i włożyć na miejsce. Nikt dziś nie zobaczy śladu po żadnym remoncie, żadnym wykopie na Rynku. A zatem drogi, chodniki, cała infrastrukturę na około dróg uważam za największy sukces tej kadencji i ja się czuję uczestnikiem tego.

Gdy nie ma dróg, nie ma chodników, ludzie się nie odwiedzają, nie mogą się ze sobą spotykać, nie mogą do siebie dotrzeć, nie mogą przyjąć swoich gości. Ząbkowice Śląskie, jeśli mają być miastem otwartym na własnych mieszkańców, żeby ludzie czuli się tutaj jak u siebie, to nie mogą chodzić po nawierzchni, która jest dla nich dyskomfortem. Jeśli chcemy mówić, że to miasto jest otwarte na turystykę, dla gości, przyjezdnych, niekoniecznie muszą tu u nas spać, jeść, ale żeby chociaż na chwilkę przyjechali, to muszą mieć którędy przyjechać. I stąd taka moja idea od początku kadencji, żeby wszystkie elementy dróg wykonywać na nowo. Ja nie lubię naprawiania i jeśli to jest potrzebne, to tylko po zimie, albo w razie awarii, są tzw. ubytki usuwane. Natomiast jeśli zrobić ulicę, to od A do Z. Do końca. Żeby do niej nie wracać przynajmniej przez najbliższe 10 lat, tak jak do Rynku nie wracamy.

E-M. Z których zrealizowanych postulatów wyborczych sprzed 4 lat jest Pan najbardziej dumny, a których nie udało się zrealizować?

Krzysztof Kotowicz: Sukcesem ludzi, z którymi współpracuję, to są kwestie związane z zabytkami (np. z Krzywą Wieżą) i infrastrukturą sportową. Remont stadionu, budowa Orlika, remont sali gimnastycznej w szkole nr 3, znacznie zwiększone w ogóle nakłady na infrastrukturę i na sport. Poza sportem wyraźnie postępujący remont ZOKu. Także infrastruktura wokół instytucji, również sam Urząd Miejski. Nie mówię tylko o budynku w sensie jego wyglądu, bo na zewnątrz praktycznie się nie zmienił, tylko wewnątrz. Jest lepiej urządzony jeśli chodzi o elektronikę: system internetowy, ogrzewanie, a zatem jest tańszy.

Cały ten program wyborczy sprowadzał się do różnych deklaracji dotyczących konkretnych sytuacji na terenie Gminy. Mówiłem o potrzebie wyrównywania warunków życia na wsi i w mieście. Myślę, że to się dzieje. Weźmy np. drogi w Zwróconej, w Stolcu, Strąkowej i Bobolicach, Braszowicach, Tarnowie. Czasami to są odcineczki malutkie, czasem są to większe inwestycje, czasem są to poważne remonty. To wszystko świadczy o tym, że pewne rzeczy są podjęte. Ilość świetlic wiejskich, które zostały albo wyremontowane od A do Z, albo przynajmniej poważnie wyremontowane. Można wyliczyć ich ponad 10 na pewno.

Jednakże największym efektem, którzy przykuwa uwagę, to jest kwestia kanalizacji wsi. Tu są znowu dwa bieguny. Z jednej strony ludzie chcą i powinni mieć dostęp do takiego rozwiązania, ale z drugiej strony są potworne koszty takiego przedsięwzięcia. O ile nam się udało pozyskać finansowanie dla Tarnowa, o tyle nie widzę perspektywy na finansowanie kolejnego przedsięwzięcia, przynajmniej środkami zewnętrznymi dla wsi Olbrachcice. Dodatkowo zaraz po zainstalowaniu we wsi kanalizacji, mieszkańcy będą musieli partycypować w kosztach tego przedsięwzięcia, gdyż zwiększą się rachunki. Trzeba mieć tego świadomość.

Trochę rozbuchano nasze ambicje jeśli chodzi o środki z Unii Europejskiej. Na początku mówiono, że kwoty dofinansowania sięgną nawet 100% wartości kosztów, obecnie coraz częściej jest to 50%. To raz. A dwa, dopiero po dwóch latach widać jak bardzo trzeba mieć własny wkład, aby można było potem odzyskać pieniądze. Pojawia się zatem pytanie: czy w Gminie, która ma kilka wsi na swoim terenie, która ma nie tylko kwestie sanitacji wsi „na głowie", należy się zastanowić czy pójść w duży projekt aglomeracyjny, tak jak Bardo czy Ziębice, gdzie zaangażowano kilkadziesiąt milionów złotych, czy też należy sobie odpuścić (tak mówiąc kolokwialnie) ze świadomością, że w przypadku Ząbkowic Śląskich byłyby to kwoty niebotycznie większe i one by połknęły nie tylko cały budżet, ale wszystkie inne przedsięwzięcia. Uznałem, że dla zrównoważonego rozwoju gminy potrzebne jest i trochę tu, i trochę tu. Nie wolno skoncentrować się tylko na rurach, albo tylko na drogach, albo tylko na sporcie czy kulturze. Staram się być tym, który równoważy to, gdyż jest to moja osobista rola. Codziennie spotykam się z ludźmi, rozmawiam z nimi na przeróżne tematy i co chwilę jestem o różne zagadnienia pytany. Wszyscy mają rację. Podczas całej kadencji praktycznie nie spotkałem się z takim głosem radnego, któremu miałbym nie przyznać racji. Tylko często postulat kończy się na powiedzeniu: „należy zrobić", „powinien Pan zrobić", albo powinniśmy zrobić", ale gdy pada pytanie: kto ma za to zapłacić, zazwyczaj następuje milczenie. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, żeby zabrać jednemu, a dać drugiemu. Nie będzie nigdy, i żadne państwo na świecie, nie ma takiego budżetu, który by zaspokajał wszystkie potrzeby mieszkańców. To jest wg mnie po prostu jest utopia. Oczywiście zawsze ktoś może powiedzieć: można podwyższać dochody. Zgoda, ale żeby podwyższać dochody, trzeba przygotować taką infrastrukturę, przygotować takie warunki, aby ktoś tu chciał inwestować, albo chciał tu mieszkać, chciał tu zarabiać, płacił podatki, budował się itd.

E-M: A czego nie udało się zrealizować z tych postulatów?

Krzysztof Kotowicz: Na pewno konkretnym przypadkiem, który do dziś nie jest tknięty, to wodociągowanie wsi Bobolice. Gdybyśmy tą wieś zwodociągowali to mielibyśmy tą sprawę w Gminie zamkniętą. Odczuwam to  jako największe zobowiązanie, którego raczej już nie zdążymy wykonać w tej kadencji. Dokumentacja jest i wszystko jest gotowe. Mamy jedynie przed sobą górkę finansową. Chodzi o niebagatelną kwotę i to jest główny hamulec dla tego przedsięwzięcia. To jest największa zaległość, która być może zostanie na następną kadencję. Obojętne kto zajmie się w przyszłej kadencji rozporządzaniem środkami finansowymi, powinien od tego właśnie zacząć, żeby już cywilizacyjnie sytuację wyrównać. Co prawda Bobolice są do kanalizacji wpięte, a więc pierwszy krok za nami. Przed nami jeszcze kilka miesięcy ten kadencji i będziemy się starali, aby to zadanie zainicjować. I to jest najbardziej ewidentna sytuacja nie spełnienia postulatów sprzed 4 lat.

E-M: Czy współpraca z Radą Miejską i „opozycją" jest „drogą przez mękę" i jest raczej ciężka, czy jednak potrafią Państwo dojść do porozumienia?

Krzysztof Kotowicz: Powiem tak: gdyby tzw. opozycyjni Radni stali naprawdę opozycją, to mielibyśmy debatę. Mielibyśmy dyskusję. Jak ktoś dyskutuje to zawsze znajdzie kompromis. Natomiast tzw. Opozycyjni Radni i mówię to z całą premedytacją, przyjęli postawę negacji. Więc to nie są opozycjoniści, tylko kontestatorzy. I rzeczywiście jest taka grupka osób, nawet nie cały czas ta sama. To nie jest tak, że w Radzie zasiadają ludzie, którzy z góry mówią "nie, bo nie", bo w historii zdarzyło się dokładnie jeden raz i było to w pierwszym roku, kiedy objąłem funkcję Burmistrza, gdzie budżet gminy Ząbkowice został przyjęty jednogłośnie. Najciekawsze było to, że był to moment największego spięcia między Burmistrzem, a nowo wybrana Radą.

Ja nie jestem człowiekiem, który chciałby iść na wojnę. Nie mam duszy wojownika w sobie. Absolutnie. Wolę rozmawiać, szukać argumentów, słuchać argumentów. Uważam jednak, że nie można bez końca dyskutować. W końcu musi nadejść moment, gdzie trzeba powiedzieć: albo tak, albo nie. W przeciwnym razie nigdy by się nic nie załatwiło, a mieszkańcy przecież czekają. Myślę, że ta grupka kilkuosobowa, która (jak to jedna z osób powiedziała) nie ufa mi, skupiły się wokół siebie, trochę na zasadzie samozaparcia, które głosują przeciw różnym inicjatywom Burmistrza, czy innych Radnych, tylko dlatego, że ja z tymi Radnymi czy oni ze mną współpracujemy w wielu innych sprawach. Ja nie widzę opozycji w Radzie. Ja widzę tylko kilkoro Radnych, którzy mi nie ufają. Jedni to mówią i wyrażają w głosowaniach, a także chodzą do prokuratury lub innych instytucji i piszą, mówią, że dzień i noc, 24 godziny na dobę Burmistrz i niektórzy Radni korumpują lub są korumpowani. Nie ma miesiąca, żebym nie spędził godziny czy dwóch wyjaśniając od początku jak się nazywam, jaką funkcję pełnię, co robię i dlaczego czegoś ponoć nie zrobiłem. Tak to wygląda w największym skrócie. To jest dowód nieufności. Myślę, że można tej grupie przypisać taką łatkę, nie opozycja, ale „nieufni".

E-M: Ale według Pana to jest na zasadzie takiej, że nie ufają Panu jako człowiekowi?

Krzysztof Kotowicz: Tak, tak czuję. Przecież wiele razy jest tak, że oni jednak akceptują uchwały, nie świadczy to przecież o tym, że nie zgadzają się z intencją, tylko niezadowoleni są najwyraźniej z tego, że nie ich faworyt został Burmistrzem. Cztery lata temu tak się zdarzyło, że ktoś został wybrany, a ktoś nie. Tak będzie za parę miesięcy. I gdy patrzę teraz z punktu widzenia wybranego w dwóch turach, to widzę taką frustrację, która się rozlewa na tych ludzi, czy w nich pulsuje. Nie chciałbym wyrazić skąd się bierze ta frustracja, ale najwyraźniej nie po ich myśli potoczyły się poprzednie wybory. Mają do tego prawo, ja to szanuję. Dopóki nie spotykają mnie jakieś przykrości z ich strony, albo w ogóle nie spotykają mnie przykrości z tego powodu, to jest wszystko dobrze. Jak spotykają mnie przykrości to przyjmuję to jako element bycia osobą publiczną. Muszę się z tym po prostu liczyć.

E-M: Czy często zdarzają się groźby różnego typu skierowane do Pana lub do Pana rodziny?

Krzysztof Kotowicz: Od pewnego już czasu nie. Nie mniej była taka fala, nawet prokuratura podejmowała jakieś działania w tej sprawie. Były pogróżki na kartkach wysyłane do Urzędu. Bardzo niesmaczne. Były głuche telefony. Zdarzało się, że ktoś czasem w tłumie coś wrzasnął. Jest to cząstka tego, że nie potrafimy obejść się bez emocji. Rozumiem, że ja mogę być celem i się z tym pogodziłem. Wybrałem taką rolę. Co więcej, ludzie mają prawo powiedzieć: niemądry, niedobry, nierzetelny, niesprawiedliwy. Ale w momencie, gdy dotyka to już mojej rodziny, albo dotyka innych osób, które nie mają związku ze sprawą, to już jest krzywdzące i na to ja zgodzić się nie mogę. Oczywiście, jeśli też zagraża ktoś mi fizycznie, to też nie czuję się spokojny.

E-M: Jak wyobraża Pan sobie Ząbkowice za 10 lat?

Krzysztof Kotowicz: Piękne pytanie. Moim marzeniem jako ząbkowiczanina jest to, aby w swojej urodzie miasto wróciło do obrazka z mojego dzieciństwa. Miasto, gdzie wzdłuż ulicy rosły róże. Miasto, w którym było o wiele czyściej. Miasto, w którym ludzie częściej się ze sobą spotykali. Życie towarzyskie bardziej kwitło niż teraz. To może taka idylla może, ale jeśli chodzi o tą zewnętrzną warstwę, to chciałbym, aby wróciło do swojego piękna, które zastaliśmy, tzn, nie moje pokolenie, ale naszych rodziców. Natomiast wyobrażam sobie, że to miasto ma też swój rozwój i na pewno powinno być miastem gościnnym dla samych ząbkowiczan i dla odwiedzających nas osób. Czyli lepsze drogi, lepsze chodniki, ładnie oświetlone, nowa część miasta skierowana na wschód. Tak naprawdę ramy rozwoju Ząbkowic Śląskich zostały zamknięte wieloma decyzjami jeszcze w latach 70-tych tylko do wschodniego skrzydła. Na zachód miasto się już nigdy nie rozwinie. Ono zostało już tam zatrzymane na zawsze. To wynika z instalacji różnego rodzaju, które tam powstały, z uwarunkowań geograficznych. Wyobrażam sobie więc, że jest czysto, a przynajmniej zdecydowanie czyściej, miasto które się rozwinęło jeśli chodzi o swoją estetykę zarówno przywracając piękno dawne w starej części miasta, jak i rozwijając nowe budownictwo wielo, jednorodzinne i usługowe we wschodniej części Ząbkowic Śląskich. Miasto, w którym młodzież, rodziny mają nie tylko gdzie pracować, ale też gdzie się spotykać, gdzie dzieci mają się gdzie bawić i oczywiście miasto, w którym będą miejsca pracy. Dodam, że miejsca pracy nie tworzone przez wielkie fabryki, których nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem. To nie znaczy, że nie chciałbym, aby tu powstała jakaś firma japońska, która zatrudnia tysiąc ludzi, entuzjazm byłby ogromny, jednakże realia są takie, że nie mamy takiego terenu pod takie inwestycje. Możemy tworzyć warunki dla niedużych firm, tak jak są już w południowo-wschodniej części Ząbkowic. Tam jest nawet nie strefa ekonomiczna, ale taka strefa biznesu. Małe zakłady pracy, takie rodzinne, są perspektywą rozwoju, a taką gałęzią przemysłu swoistego, która daje szansę na zatrudnienie bardzo wielu ludzi to jest turystyka. Nie trzeba znać języka, można się przebrać za misia i pozować do zdjęć. Można się przebrać za Frankensteina i straszyć dzieci pod Krzywą Wieżą. I to jest zadanie kolejnych kadencji, żeby właśnie takie pro turystyczne podejście stworzyć w Ząbkowicach, żeby ludzie sami chcieli turystę zatrzymać. Czymś go zwabić. Kafejki, restauracyjki, winiarnie, piwiarnie.

E-M: A co w takim układzie z naszym zamkiem, który mógłby stać się mocnym argumentem, aby ściągnąć do nas turystów?

Krzysztof Kotowicz: Zamek może być okazją do inwestycji. Został zlecony przez Gminę program funkcjonalno-użytkowy. Pod ten program będzie trzeba zlecić przygotowanie dokumentacji projektowo-kosztorysowej. Ta dokumentacja może kosztować około 2-3 miliony złotych. Bez tego nic się nie zrobi. Można wokół zamku krążyć, on obecnie jest zamknięty, gdyż jest w stanie zagrożenia budowlanego. Nie od dziś, nie od stu lat jest w takim stanie. Wiadome jest, że on został zrujnowany już spory czas temu, dodatkowo niszczeje, bo nic nie było robione przez te wszystkie lata. Natomiast tylko posiadając taką dokumentację można powiedzieć inwestorowi, bo to nie Gmina powinna robić, do tego, aby zaadoptował do działalności hotelowo-restauracyjnej i wystawienniczo-koncertowego nasze ruiny. Na taką inwestycję 30., 40 milionów trzeba przeznaczyć. Gdybyśmy mieli możliwość zabezpieczenia w budżecie kwoty 3mln złotych na przygotowanie tej dokumentacji, to z pewnością moglibyśmy wystartować do jakiegoś programu unijnego o dofinansowanie tej dokumentacji. Niestety nie znaleźliśmy tych środków. Poza tym zamek nie jest pierwszą potrzebą ząbkowiczan. Mimo że kiedyś to może być niesamowita machina do robienia pieniędzy, to jednak trzeba by było wybierać między papierami na zamek a potrzebami typowo prozaicznymi. Jestem nawet skłonny rozmawiać o partnerstwie publiczno-prywatnym, żeby nawet na etapie dokumentacji komuś to przekazać, tylko boję się, że to się wymknie spod kontroli. Nie ukrywam, że chcemy mieć wpływ na to, co tam się będzie działo. Mamy przykład Baszty Gołębiej, którą kiedyś Gmina sprzedała. Prywatny inwestor wiele obiecywał, a teraz obiekt niszczeje. To samo zrobić z zamkiem nie jest sztuką. Mamy przykład Kamieńca, to ta sama sytuacja. Przekazano zamek komuś, kto używa go do zupełnie innych celów niż powinien. Nie chciałbym być tym w historii, który sprzeda zamek i wprowadzi mieszkańców w stan osłupienia.

E-M: Ja rozumiem, ale tu mówi Pan o inwestycji za miliony złotych i czasie oczekiwania co najmniej kilku, jak nie kilkunastu lat. A czy nie można póki nie znajdzie się inwestor doprowadzić go przynajmniej do stanu użyteczności? Tak, aby odwiedzający nas turyści nie odbijali się od krat u wejścia, tylko mogli swobodnie przejść np. po dziedzińcu. Czorsztyn zarabia na siebie, a przecież jest kompletną ruiną. Niekoniecznie zadaszenia, kawiarnie czy hotel. Mówię o podstawowym, wymaganym zabezpieczeniu za maksymalnie kilkadziesiąt złotych.

Krzysztof Kotowicz: Powiem tak, ja rozmawiałem z inżynierem architektury, który proponował takie rozwiązania, jak Pani mówi, przy czym to nie było kilkadziesiąt tysięcy, a około pół miliona złotych, gdzie można ustawić takie konstrukcje, które jednocześnie zabezpieczają przed odpadnięciem elementu na kogoś, a jednocześnie można tak je „ubrać", aby wyglądały z daleka jak ruiny zamku. Ale nawet te pół miliona złotych, to jest dużo pieniędzy, a kwota o której Pani mówi, to wystarczyłyby jedynie na to, aby uporządkować go z samosiejek, potłuczonych butelek i wszystkiego, co ten zamek niszczy. Ale jest inny problem. Chodzi o całą ścianę zachodnią zamku, czy południowo-zachodniej, która w tej chwili nie trzyma się podłoża, nie trzyma się ściany kolejnej. Jest obawa, że może się pod wpływem ruchu, czy czynników zewnętrznych osunąć na ludzi i to jest bardzo niebezpieczne. To był powód, dla którego zaraz po zostaniu Burmistrzem zablokowałem możliwość organizowania tam Fiesty. Zamek trzeba zabezpieczyć i trzeba to zrobić z chirurgiczną dokładnością, żeby żadnej cegły nie stracić.

Krzywa Wieża mogła być wyremontowana zgodnie z zaleceniami konserwatora zabytków i tylko pod warunkiem, że zastosujemy cegłę z okresu, w którym wieża powstała. Dlatego tak nagle zdrożała wtedy. Wszyscy się zdziwili, że tutaj była mowa o trzystu tysiącach, a nagle zrobiło się z tego milion siedemset, ale cegłę z tamtych czasów znaleźć i legalnie ją tutaj ściągnąć, to nie takie proste. To samo jest z zamkiem. Oczywiście tam na pewno musiałyby być wykorzystane elementy nowe i ten projekt tak zakłada, ale to nie jest inwestycja na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Za taką kwotę faktycznie można by uporządkować dziedziniec, usunąć elementy zagrażające życiu i od czasu do czasu wpuszczać tam zwiedzających, aby weszli i wyszli. Nie czuję tego jednak. Wolę, aby imprezy odbywały się na placu obok zamku. Pamiętam jak rok temu był Straszny Zlot. Tak samo chcemy go zrobić w tym roku. Już rozmawialiśmy o tym z Panami z klubu motocyklowego, chcemy to połączyć z Weekendem z Frankensteinem i zrobimy imprezę w okolicach zamku, z zachowaniem odległości tak, aby nawet gdyby miało się coś zawalić, żeby nikomu nic się nie stało.

E-M: A propos Potwornego Zlotu. Rodzi się w mieście nowa tradycja, która ma ogromne szanse na stanie się najbardziej rozpoznawalną imprezą w regionie. Jak Urząd Miasta zamierza wspomóc organizatorów?

Krzysztof Kotowicz: Przede wszystkim chcemy zintegrować Weekend z Frankensteinem z Potwornym Zlotem. Już to by była stała zasada...

Ciąg dalszy już wkrótce!

leoni

0

Dodaj komentarz

Dodając komentarz akceptujesz regulamin forum

KOMENTARZE powiadamiaj mnie o nowych komentarzach

  • Krzysztof Kotowicz

    2010-04-06 09:38:38

    leoni (admin)

    ostatnio dodany post

    Krzysztof Kotowicz prawie po czterech latach kadencji powiedział nam o swoich sukcesach, porażkach, o sobie i planach na przyszłość. Dziś pierwsza część obszernego wywiadu z Burmistrzem Miasta i Gminy Ząbkowice Śląskie.

REKLAMA


REKLAMA